Facebook Goldenline Blip RSS

Trzech o MLM cz.3

Trzecia i zarazem ostatnia część talk-show, w jakim wziąłem udział razem z Jackiem Dudzicem i Piotrem Tymochowiczem. Czy aby na pewno pierwsze wrażenie się liczy?





Trzech o MLM cz.2

Druga część talk-show, w jakim wziąłem udział razem z Jackiem Dudzicem i Piotrem Tymochowiczem. Jednym z tematów był sposób prowadzenia pierwszej rozmowy, podczas której prezentujemy biznes nowej osobie.




Trzech o MLM cz.1

Oto pierwsza część talk-show, w jakim wziąłem udział razem z Jackiem Dudzicem i Piotrem Tymochowiczem. Rozmawiamy o marce, kreowaniu wizerunku, skutecznej sprzedaży i… wyjściu z lasu.





Dlaczego boimy się sukcesu – zaproszenie do dyskusji

Uważam, że podstawowy problem z sukcesem w Polsce polega na tym, że nie wykształciliśmy własnego modelu człowieka sukcesu. Dla większości myślących i wykształconych ludzi model amerykański – „I’m the best” (Jestem najlepszy!) jest nie do przyjęcia, bo postrzegamy go jako prymitywizm.

Wszyscy pamiętamy co się stało, kiedy Amway w latach dziewięćdziesiątych próbował w sposób bezpośredni przeszczepić wzorce amerykańskie na polski grunt. Dla większości społeczeństwa takie zachowania były zupełnie sztuczne i dlatego zmasowany atak prasy na tę firmę spotkał się z gorącym przyjęciem i okazał się tak skuteczny. Jestem przekonany, że to właśnie dlatego Amway musiał zejść do medialnego podziemia i mimo armii dystrybutorów i rosnących obrotów, jak ognia unika rozgłosu.

Kiedy usłyszałem na seminarium Edwarda Ludbrooka, którego zresztą bardzo cenię, że na powitalne pytanie: „Jak się czujesz?”, powinniśmy odpowiadać z promiennym uśmiechem: „Fantastycznie!” zapału, aby to robić, wystarczyło mi na trzy dni. Co więcej na tym warsztacie było ponad 30 osób, z którymi mam stały kontakt i jakoś nie zauważyłem, aby ten sposób ten sposób witania się wszedł im w krew…

Co jest takiego w nas, co powoduje, że boimy się okazywać zadowolenie z siebie i swojego życia, a już na pewno boimy się okazywać to otwarcie i z pełnym entuzjazmem?

Czy to dlatego, że jesteśmy w pułapce pomiędzy pragnieniem sukcesu, a brakiem społecznej akceptacji dla niego?

Sam tego doświadczyłem siedząc kiedyś przy stole w domu mojej koleżanki, kiedy to jej ciężko całe życie pracujący ojciec, po paru kieliszkach ryknął, że każdy kto zarabia miesięcznie ponad 10.000 złotych to złodziej! I przyznam, że nie wstałem, nie trzasnąłem talerzem ani drzwiami tylko spokojnie dokończyłem drugie danie, a i deserem nie wzgardziłem…

A przecież tęsknimy za sukcesem – czytamy amerykańskie książki motywacyjne, w których stosunek treści do wody jest jak jeden do dziesięciu, zachwycamy się wspaniałym autorem, któremu jeden – rzeczywiście świetny sposób podziału ludzi pod względem sposobu zarabiania pieniędzy – udało się rozdąć do chyba już 6 czy 7 książek. Wreszcie kopiujemy w tysiącach pirackich kopii film „Sekret” i mało on nam daje, bo niestety nie potrafimy uwierzyć, że za tydzień na naszym koncie nieuchronnie, choć nie wiadomo skąd, pojawi się okrągłe 25.000 dolarów. A może jeślibyśmy naprawdę uwierzyli to by się udało???

Minęły już czasy „Dynastii” w wersji USA, ale nie doczekaliśmy się „Dynastii” w wersji RP. Zamiast doceniać ludzi, którzy osiągnęli w Polsce sukces wolimy oglądać „Kiepskich” i śmiać się z nich . Kiedy pojawia się kolejna Lista 100 Najbogatszych rokrocznie publikowana na łamach „Wprost”, za każdym razem słyszę od kogoś podobne złośliwe stwierdzenie: „No to zobaczymy ilu z nich zostanie za rok na wolności!”

Spróbujmy pomyśleć razem, co z tym można zrobić, jak zmienić nasze spojrzenie na sukces i jego sekret. Przecież my – networkowcy jesteśmy awangardą, ludźmi, którzy nie boją się wyzwań, którzy z pełną premedytacją i świadomością odrzucili życie bezpieczne, wybierając dążenie do życia wspaniałego.

A jednak szczególnie w naszej branży większość ludzi, która odniosła sukces nie pasuje do modelu człowieka sukcesu, który byłby dla nas przekonujący. Bo czy można poważnie traktować, jako człowieka sukcesu kogoś, kto dzwoni do Ciebie 10 razy z rzędu po to, aby Cię zasponsorować? Kto narzuca się, zamiast dać Ci tę jedyną w życiu szansę? A tak na marginesie, którą z kolei „jedyną szansą” jest ta, którą proponuje dzisiaj…?

Nie wiem, jak Tobie, ale mnie sukces kojarzy się z człowiekiem NIEDBALE opartym o reling własnego jachtu, spoglądającym spokojnie w dal. Ten spokój wewnętrzny, to poczucie harmonii w życiu i przekonanie, że jest dokładnie tak, jak być powinno, że już nie muszę niczego poprawiać, to mój synonim sukcesu.

I jestem pewien, że taki ktoś zadzwoniłby do mnie, jeśli bogowie byliby naprawdę łaskawi, najwyżej jeden raz!




Sekret nie mówi całej prawdy

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem film „Sekret” byłem oszołomiony.

Co za majstersztyk realizacji! Pamiętacie pierwsze sceny, przypominające filmy przygodowe typu „Skarb narodów” lub „Kod Leonarda”? A muzyka? Jakże mistrzowsko budująca nastrój – niepokój i nadzieja w jednym stały takcie…

Do tego ta aura wyjątkowości i wyróżnienia; przecież większość z nas dostała ten film w formie pirackiej kopii z rąk przyjaciela i dopiero dużo później przeczytaliśmy książkę. Niejako dopuszczani byliśmy do tajemnicy. Zapewne podbój rynku za pomocą pirackich kopii nie był elementem strategii marketingowej, ale jeśli tak, to było to posunięcie absolutnie genialne. Ten sposób dystrybucji perfekcyjnie współgrał z przesłaniem filmu – poznajcie sekret, dotąd znany tylko nielicznym.

Prawdę powiedziawszy, kiedy usłyszałem, że naczelnym prawem kierującym wszechświatem jest prawo przyciągania, zrobiło mi się ciepło na sercu. Bądź co bądź jestem z wykształcenia fizykiem teoretykiem, specjalizującym się w teorii grawitacji…

Już widzę oczami wyobraźni te rozpalane stosy, na których powinienem spłonąć za bezczelną, acz delikatną moim zdaniem, kpinę zawartą w ostatnim akapicie. Otóż „Sekret” przestał być tylko książką czy filmem. Stał się w naszym pięknym kraju swoistym wyznaniem wiary. A przecież to neofici najgorliwiej podpalają stosy!

„Sekret” podzielił nasze społeczeństwo, oczywiście tę nieco bardziej świadomą jego część, na dwie nie mające wspólnego języka grupy – wierzących i tych, którzy wątpią. A z pośród wątpiących wyłoniła się formacja najbardziej ekstremalna – tych, którzy kpią.

W międzyczasie pojawiło się wiele następnych książek autorów z tego kręgu. Wszystkie wyróżniają się brązowo-złotą szatą graficzną imitującą sławny pierwowzór. Szczególnie podatnym gruntem, aby zakwitł na nim kwiat „Sekretu” okazało się środowisko MLM. Niedawno mój znajomy opowiedział mi, że będąc na spotkaniu pewnej firmy z naszej branży usłyszał, jak prowadzący z pełnym przekonaniem mówi uczestnikom, iż przyszli oni na to spotkanie tylko i włącznie dlatego, że on przeczytał „Sekret”. A gdyby nie przeczytał i ich sobie nie zwizualizował, to zapewne mówiłby do pustej sali.

W sumie trudno się dziwić – środowisko MLM’u to w dużej mierze ludzie, którzy chcą pójść na skróty – zamiast całymi latami zdobywać niezbędne kwalifikacje, a potem mozolnie piąć się po korporacyjnej drabinie, wolimy przejść przez życie przebojem. I dlatego w naturalny sposób, od rozważań, ile diabłów zmieści się na główce od szpilki, wolimy rozwiązania proste i nadające się do natychmiastowego zastosowania. I chwała nam za to, mamy prawo do takiego podejścia do życia!

A właśnie największą siłą „Sekretu” jest prostota jego przekazu. Jedno wszech-obowiązujące i wszechpotężne Prawo wyjaśnia wszystko! Wystarczy uwierzyć, aby marzenia się ziściły.

Możecie ugasić stosy – ja wcale nie kpię!

Naprawdę uważam, że w tym wszystkim jest bardzo dużo prawdy. Sam staram się w codziennym życiu stosować zalecenia „Sekretu” – powtarzam afirmacje, wizualizuje „sześciopak” na moim brzuchu i wolne miejsca do zaparkowania w centrum Warszawy.

Co więcej na ogół parkuję tam, gdzie chcę ku nieukrywanej irytacji mojej żony, która jako stu-procentowa racjonalistka z „Sekretu” się naśmiewa i w związku z tym na ogół parkuje minimum kilkaset metrów dalej od celu niż ja.

Przez trzy lata wyjeżdżaliśmy na daleką Suwalszczyznę, aby szukać działki i wracaliśmy z niczym. A potem przeczytałem „Sekret” i zrozumiałem, że za każdym razem dostawaliśmy to, po co jechaliśmy. Jechaliśmy szukać, więc szukaliśmy!

Następnym razem pojechaliśmy znajdować i od razu znaleźliśmy 3 działki, które odpowiadały naszym wszelkim, przyznajmy wygórowanym, wymaganiom.

Czyli „Sekret” działa, a więc czego się Brykczyński czepiasz?

Na miły Bóg to, że coś w pewnym zakresie działa nie oznacza, że będzie działać zawsze i wszędzie. Nie czyńmy z tego naczelnej zasady kierującej naszym życiem!

Ja rozumiem, że wygodnie jest wierzyć, że wystarczy o czymś pomyśleć, a to się stanie. Ale spróbujcie zwizualizować to, że za tydzień macie na koncie zupełnie dodatkowe 100.000 i to w dowolnej walucie, oprócz indyjskich rupii. I co: będzie 100.000, czy nie będzie?

Naturalnie można powiedzieć, że to dlatego, że wiara w nas za słaba. Tylko, że to nic nie daje. Wiara jak wiadomo jest łaską i albą ją się ma, albo nie. A jeśli jej nie masz, to nie masz już szans na sukces w życiu?

Przecież to nieprawda, że tylko ludzie pozbawieni zdolności krytycznego myślenia mogą osiągnąć sukces. Chciało by się powiedzieć, że jest dokładnie odwrotnie: większość milionerów to ludzie słynący z swojej zdolności krytycznej i przenikliwej analizy.

Otóż Prawo Przyciągania rzeczywiście działa, tylko z jednym „małym” zastrzeżeniem: przyciągamy to, co nas spotyka, naprawdę kreujemy świat, w którym żyjemy, ale o tym, co przyciągamy nie decydują nasze życzenia i marzenia, ale to jacy naprawdę jesteśmy.

I naturalnie mamy na to wpływ, ale, jakby powiedział Rudyard Kipling: „To już zupełnie inna bajeczka”…




Był rok XXXX

Zaczął się pięknie: o 00:00:01 wystrzeliły korki od szampana i zaraz potem zaczęliśmy składać sobie życzenia – serdeczne i szczere, z uśmiechem i nadzieją.

A 15 minut później zaczął się pokaz fajerwerków. I tylko lśniący w pełni księżyc i miliardy gwiazd na bezchmurnym niebie mogły równać się z feerią barw kolejnych eksplozji.

Bawiliśmy się świetnie jeszcze wiele godzin, aż czas i dobre wino spowodowało, że sen upomniał się o nas. Ale po powrocie do pokoju musiał jeszcze trochę poczekać…

Następnego dnia gorący żur na śniadanie, a potem szaleńczy kulig po pokrytych skrzącym się białym puchem, leśnych ścieżkach Suwalszczyzny. Obiad przy ognisku w lesie, wspólne śpiewanie, a potem sanna w blasku pochodni.

Tak zaczął się ten wspaniały rok.

Rok, w którym jedno po drugim realizowały się moje najskrytsze marzenia. Nasz syn rósł i powoli przemieniał się z krnąbrnego dziecka w pełnego ciekawości świata młodego chłopca. Nasz dom był pełen szczęścia i serce radowało mi się na samą myśl, że wracam do niego, spotkam moich najbliższych i będę miał morze czasu, aby spędzić go z nimi.

W biznesie było podobnie – struktury rozwijały się dynamicznie i to nie tylko w Polsce czy Europie. Coraz częściej wyjeżdżaliśmy całą rodziną za ocean, aby tam prowadzić warsztaty i wykłady. A co najważniejsze przepełniało nas uczucie spełnienia i satysfakcji. Czuliśmy, że to co robimy ma sens, czuliśmy, że swoją aktywnością pomagamy również innym odnaleźć sens ich życia.

Byliśmy zdrowi, szczęśliwi i coraz bogatsi.

Rok XXXX zakończył się równie pięknie, jak się rozpoczął – wśród przyjaciół i w wirze szalonej zabawy.

A Wam wszystkim, którzy przeczytaliście te słowa, z całego serca życzę, aby rok 2010 był jeszcze lepszy!!!




Czy firma MLM może zbankrutować? cz.2

Kolejne niebezpieczeństwo, to przeinwestowanie. Właściciel lub właściciele nierozsądnie inwestują pieniądze i koniec końców firma traci płynność. Szczególnie niebezpieczne jest to w przypadku firm, działających w oparciu o binarny plan marketingowy. Jeśli jesteś zainteresowany dlaczego akurat w przypadku „binarów” jest to groźne, to zapytaj mnie w komentarzu, a chętnie odpowiem przy okazji innego wpisu. Tym razem nie chcę wchodzić w zbyt szczegółowe wyjaśnienia.

Niestety na zagrożenie przeinwestowaniem my – dystrybutorzy nie mamy żadnego wpływu. Nie możemy też przewidzieć, że właściciel(e) może popełnić taki błąd, nie będę zatem dokładniej tego omawiał.

Kolejny potencjalny problem wynika ze zbytniej koncentracji firmy na jednym rynku. Niektórzy z nas pamiętają jeszcze lata 1997–98 i bezprecedensowy atak prasowy skierowany na jedną z największych firm MLM w Polsce. Jestem przekonany, że gdyby Polska była jedynym lub choćby podstawowym rynkiem dla tej firmy, to jej upadek byłby nieuchronny.

Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych Polska była tylko jednym z bardzo wielu rynków, na których owa firma działała i nawet dramatyczny spadek obrotów w naszym kraju nie wpłynął na jej kondycję finansową. Dzięki temu jej dystrybutorzy, którzy „pozostali na pokładzie” mogli pracować dalej i po kilku latach firma zajmuje miejsce w czołowej trójce MLM’ów w Polsce.

A więc przypatrzmy się polityce firmy, jeśli chodzi o rozwój międzynarodowy. Nie chodzi o to, czy już działa na wielu rynkach, ale raczej czy dywersyfikacja rynków zbytu jest dla niej zagadnieniem priorytetowym.

Jednak moim zdaniem najważniejsza jest filozofia działania firmy i jej liderów. Chodzi mi o to, czy panuje w niej duch błyskawicznego podboju rynku i zarobienia „mega kasy”, czy raczej spokojnego budowania swojej przyszłości.

Ostatnimi czasy popularniejsze jest to pierwsze nastawienie. Jedna za drugą pojawiają się w Europie firmy, które deklarują, że są najszybciej rosnącymi firmami na świecie, a ich liderzy zarabiają niewiarygodnie wielkie sumy po niewiarygodnie krótkim czasie działania. Zrozum mnie dobrze. Nie twierdzę, że to nieprawda. Chciałbym tylko namówić Cię do przyjrzenia się do czego może prowadzić taka postawa.

Bardzo często towarzyszy jej przekonanie, że produkt nie ma żadnego znaczenia, liczy się tylko plan marketingowy. Ostatnio zaproszono mnie na spotkanie, na którym jeden z najbardziej znanych polskich networowców wyjaśniał mi, dlaczego popełniam życiowy błąd nie przyłączając się do jego nowej firmy. Rozmowa trwała prawie półtorej godziny i z tego czasu na omawianie zalet ich produktu poświęcił maksimum jedną minutę.

Dlaczego takie podejście uważam za niebezpieczne dla istnienia firmy?

Otóż wyklucza ono zarówno przywiązanie do produktu, jak i do firmy. Kiedy kierujemy się wyłącznie pogonią za „szybką kasą” to możemy być pewni, że prędzej czy później pojawi się kolejna firma, która zaproponuje jeszcze agresywniejszy plan marketingowy, jeszcze więcej pieniędzy na wypłaty dla dystrybutorów i jeszcze bardzie kuszące zabawki jako ekstra bonusy. I wtedy kierując się nastawieniem „kasa przede wszystkim” powinniśmy natychmiast przejść do niej wraz z całą naszą strukturą.

I wtedy mamy do czynienia ze zjawiskiem, które wśród przyjaciół nazywamy efektem piły. Chodzi o kształt wykresu obrotów poszczególnych firm w funkcji czasu. Wygląda on dokładnie, jak piła z coraz mniejszymi zębami. Oto, jak to się dzieje. Pojawia się nowa firma, wszyscy „zawodowcy” zapisują się do niej i następuje gwałtowny wzrost. Lecz niedługo pojawia się nowsza firma i „zawodowcy” nie mogą przegapić okazji. Więc przeskakują z całymi strukturami. Obroty starej firmy na danym rynku spadają niemal do zera, a nowa święci triumfy. Ale zaraz potem jeszcze nowsza firma zaczyna kusić jeszcze większymi możliwościami i zjawisko się powtarza.

Niestety za każdym razem za tymi samymi liderami idzie coraz mniejsza grupa dystrybutorów. Ci, którzy nie zmieniają firmy na ogół są zdezorientowani, zniechęceni i przestają robić cokolwiek. Co gorsza mówiąc najdelikatniej przestają być fanami MLM’ów, a wręcz przeciwnie zaczynają o nim mówić, jak o zajęciu wyłącznie dla niezrównoważonych psychicznie oszołomów.

Na razie w Polsce zjawisko to prawie nie występuje, ale u naszych zachodnich sąsiadów przybrało już formę epidemii. I obserwując niektóre symptomy obawiam się, że bardzo szybko możemy się zarazić.

Dlatego też unikam zbyt szybko rosnących firm, wolę mądrość rosyjskiego przysłowia „tisze jedziesz, dalsze budziesz” i wybieram stabilny wzrost zamiast eksplozji.

Bo koniec końców o stabilności i pewności firmy, choćby nam – networkowcom nie wiem jak się to nie podobało, decyduje ogromna rzesza klientów. A ich akurat zupełnie nie obchodzi wielkość naszej wypłaty.




Czy firma MLM może zbankrutować? cz.1

Wiele razy podczas różnych wykładów głosząc chwałę MLM i jego przewagę nad biznesem klasycznym udowadniałem, że bankructwo firmy działającej w branży Network Marketing jest mało prawdopodobne.

Nadal uważam, że generalnie jest to prawda, ale jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach.

Główny problem polega na tym, że z punktu widzenia ekonomii firma MLM nie różni się niczym od firmy klasycznej!

Określenie „marketing wielopoziomowy” odnosi się, jak łatwo zauważyć, wyłącznie do marketingu produktów, czyli do strategii przekonywania i pozyskiwania klientów. Firmy MLM w inny sposób niż firmy klasyczne informują rynek o swoich produktach i w inny sposób wynagradzają swoich współpracowników, lecz we wszystkich pozostałych aspektach działają identycznie.

Tak samo jak firmy klasyczne mają przychody i koszty, zyski lub straty. Tak samo muszą płacić podatki, ZUS za swoich zatrudnionych pracowników i ponosić ciężar wszystkich innych opłat, które tak lubimy.

To my – networkowcy chcielibyśmy traktować firmy, z którymi współpracujemy, jako coś wyjątkowego, niemalże wymykającego się zwykłym prawom ekonomii. Ale niestety tak nie jest!

Główną różnicą pomiędzy firmami MLM, a firmami klasycznymi jest to, że działają w sposób wyjątkowo bezpieczny, gdyż nie zagraża im główny problem firm klasycznych – kłopoty ze ściąganiem należności. Nie wiem, jak Ty, ale ja nigdy nie dostałem od jakiejkolwiek firmy z naszej branży towarów na kredyt, z odroczonym terminem płatności lub w komis. Najpierw dystrybutorzy płacą, a dopiero później firma dostarcza towar. Oczywiście niektóre firmy oferują 100% gwarancję satysfakcji, która pozwala zwrócić nawet towar częściowo zużyty, ale są to przypadki marginalne i nie mające wpływu na wynik finansowy.

Dlaczego zatem firma, która ma tak wspaniałą sytuację, że wszyscy płacą jej z góry mogłaby zbankrutować? A przecież wiemy, że takie sytuacje się zdarzają.

Spróbujmy to przeanalizować poczynając od startu firmy.

Podobnie, jak w przypadku firm klasycznych najbardziej niebezpieczne są dwa pierwsze lata. W tym czasie następuję weryfikacja rynkowa produktu – jak mówi się w żargonie specjalistów od marketingu „produkt szuka swojego rynku”. I może się zdarzyć, że go nie znajdzie… Firma pada, bo jej produkt nie znalazł odbiorców.

Lecz firma może zostać zabita nie tylko przez brak sukcesu, ale także przez zbyt wielki sukces. Brzmi to paradoksalnie, bo przecież któż nie chciałby, żeby jego biznes eksplodował. To, co dla nas dystrybutorów stanowi szczyt marzeń, dla młodej firmy może być zabójcze!

Lawinowy wzrost zamówień na produkt, przy braku odpowiedniego „bufora” finansowego, może prowadzić do ogromnych opóźnień w ich realizacji, a co zatem idzie spowodować gniew klientów i frustrację dystrybutorów. Często taka firma jest uznawana za niesolidną i już wkrótce nikt nie chce z nią współpracować.

Reasumując: mimo, że dla wielu z nas – MLM’owców nowa firma oznacza automatycznie okazję, to warto pamiętać, że z młodą firmą jest jak z dzieckiem: nie wiadomo, co z niego wyrośnie. Awers współpracy z młodą firmą to szansa, zaś rewers to niebezpieczeństwo pierwszych dwóch lat działalności.

Gdy firma MLM przeżyje pierwsze dwa lata, to sytuacja staje się o wiele bezpieczniejsza, ale ciągle nie ma pewności, że będzie trwać „wiecznie”.

Po pierwsze ktoś może wpaść na genialny pomysł, że należy „ulepszyć” plan marketingowy. Jest to najlepszy przykład prawdziwości przysłowia, że „lepsze jest wrogiem dobrego”. Jakiekolwiek zmiany planu marketingowego na ogół prowadzą do utraty rozpędu, zwanego z angielska „momentum”, ogólnej konsternacji wśród dystrybutorów i w rezultacie do upadku firmy.

Wiem, co mówię: w mojej poprzedniej firmie to właśnie „ewolucja” planu marketingowego spowodowała początek końca. Wszyscy najwyżsi liderzy zamiast działać, całymi miesiącami jeździli po strukturach, próbując wyjaśniać na czym polegają zmiany, rozstrzygać dziesiątki „przypadków szczególnych” i udowadniać, że teraz jest lepiej niż przedtem. Zaowocowało to dramatycznym spadkiem produkcji, za produkcją podążyły dochody, a za nimi morale i o rozpędzie mogliśmy zapomnieć…

Ciąg dalszy wkrótce




Nadchodzą Święta

Dla mnie najważniejsze w roku. Właściwie lubię w nich wszystko.

Najpierw ten szalony czas przedświąteczny, kiedy biegamy po sklepach szukając natchnienia, które pozwoli nam wybrać wspaniały, niebanalny i, daj Boże, nie najdroższy prezent. Zawsze przysięgam sobie, że to już ostatni raz dałem się opętać gorączce świątecznych zakupów, ale robię to co roku, więc chyba muszę to lubić.

Potem ubieranie choinki. W moim domu rodzinnym to zawsze był przywilej Ojca i dzieci. I u nas jest tak samo. W zeszłym roku Antek tylko podawał mi bombki, w tym ma już cztery lata i zawieszał je sam, tam, gdzie chciał, z wyraźną niechęcią reagując na moje prób pomocy.

W tym czasie moja żona rządzi w kuchni, do której ja wkraczam tylko jako pomoc niewykwalifikowana i kierując się miłością bliźniego nie mieszam się do gotowania.

A potem ten niepowtarzalny wieczór przy wspólnym stole w blasku choinki, dzielenie się opłatkiem, życzenia i tradycyjne potrawy, na które czekam cały rok.

I ta niepowtarzalna atmosfera Wigilii.

Życzę Ci, abyś w tym roku miał to szczęście, by cieszyć się nią w pełni!




Która firma MLM jest najlepsza?

Jeśli czytasz te słowa to znaczy, że albo zainteresował Cię tytuł tego tekstu albo nazwisko autora albo nie masz zupełnie nic innego do roboty. Osobiście mam nadzieję, że to właśnie tytuł spowodował, że tu jesteś. Chętnie odpowiem Ci na zawarte w nim pytanie, ale na początek chwila refleksji. Każdy z nas – ludzi działających w MLM stanął kiedyś przed wyborem firmy. Zapewne, kiedy pierwszy raz podpisałeś umowę z jakimś MLM’em, to o wyborze konkretnej firmy zadecydował przypadek. Tak było ze mną: piękna kobieta zaprosiła mnie na kawę, która niestety wkrótce okazała się grupowym spotkaniem rekrutacyjnym i cóż… nie mogłem jej odmówić!

Ale jeśli już straciłeś networkowe dziewictwo i działasz w naszej branży to nieuchronnie któregoś dnia ktoś zacznie Cie przekonywać, że na jego polu trawa jest bardziej zielona i nie powinieneś tracić ani chwili dłużej pozostając tam, gdzie jesteś. Będą Ci mówić, że w ich firmie praktycznie bez wysiłku osiągniesz ogromny sukces, pokazywać oszołamiające wypłaty top-liderów (przede wszystkim tych zza oceanu), a jeśli zaszedłeś już odpowiednio wysoko to być może zaproponują Ci nawet specjalne zasady współpracy.

Wiem, o czym mówię, bo proponowano mi już prywatne spotkania z właścicielami firm – kiedyś bilet był pierwszej klasy, ale ostatnio podbito stawkę – miał po mnie przylecieć prywatny odrzutowiec prezesa. Cóż konkurencja na rynku coraz większa, firmy MLM walą do nas drzwiami i oknami, a zbiór „dużych liderów” mocno ograniczony. Kuszono mnie pożyczką „na utrzymanie dotychczasowego poziomu życia”, tysiącami punktów zgromadzonymi w jednej z potencjalnie „moich nóg” w planie binarnym.

Chciałoby się zanucić „To już wszystko było i …” , ale w przeciwieństwie do piosenki jestem przekonany, że wróci jeszcze nie jeden raz.

A teraz kluczowe pytanie – co zrobić w takiej sytuacji: odejść czy zostać lub w wersji bardziej dramatycznej: zdradzić czy być wiernym ?!

Nota bene to naprawdę zabawne, że nasza branża tak mocno bazuje na emocjach, iż przy wyborach stricte biznesowych pojawiają się tak hamletowskie rozterki. Sam nie raz słyszałem słowa „wierność” i „zdrada”, a przecież firma, z którą współpracujemy to ani żona ani ojczyzna i moim skromnym zdaniem słowa te pasują tu, jak pięść do oka. Kusi mnie, aby rozwinąć ten temat, ale chyba innym razem, bo dzisiaj to byłaby zbyt obszerna dygresja.

A więc zostać czy odejść? Czym kierować się podejmując tę decyzję? I wracając do tytułu: która firma jest najlepsza?

Otóż odpowiedź jest zarazem prosta i bolesna – ŻADNA !!!

Nie ma najlepszej firmy MLM. Od pewnego poziomu wszystkie są dobre. To tak jak z zegarkami – nie ma najlepszej marki. I od pewnego poziomu jakości, a co zatem idzie niestety również ceny nie ma znaczenia, która nazwa opromieni Twój nadgarstek. Jeśli zdecydujesz się wydać od 50.000 do 100.000 zł to nieistotne, czy wybierzesz Patka, Vacherona, Breugeta, Blancpaina czy innego „szwajcara”. I tak osiągniesz swój cel – zegarek będzie chodził idealnie, a wszyscy znający się na rzeczy umrą z zazdrości.

Oczywiście są różne produkty, różne plany marketingowe, różne kultury organizacyjne i różne style zarządzania. W jednych firmach top liderzy jeżdżą sportowymi superbrykami, a w innych bezpiecznymi i dostojnymi terenówkami; w jednych punktualność jest świętością i za spóźnienie się na firmowe spotkanie płaci się słoną karę, a w innych wszystko zaczyna się z co najmniej półgodzinnym opóźnieniem.

Zapytaj sam siebie, gdzie będziesz się lepiej czuł i tam działaj. Nie ma sensu męczyć się, współpracując z firmą, która doprowadza Cię do szału, której produktów nie lubisz i nie używasz i której szefów uważasz za idiotów.

Ale jeśli w swojej firmie czujesz się w miarę dobrze to tam działaj. Działaj konsekwentnie, a osiągniesz sukces, bo wszystko zależy od Ciebie.

Wiem, co mówię: w mojej poprzedniej firmie MLM miałem tysiące dystrybutorów i pięciocyfrowe zarobki. Firma padła, a ja wpadłem na pomysł bycia wiernym do ostatniej chwili, jak kapitan na mostku tonącego statku, dzięki czemu mój upadek był wyjątkowo spektakularny i bolesny.

Ale po kilku miesiącach lizania ran i oganiania się od komorników ruszyłem do boju i znowu mam tysiące nowych dystrybutorów, a zarabiam więcej niż kiedykolwiek.

I choć wierzę głęboko w pewność i stabilność firmy, z którą współpracuję, to jestem również zupełnie pewien, że trzeci raz zbudowałbym struktury jeszcze lepiej i szybciej.

Więc jeśli jeszcze pytasz, która firma jest najlepsza to znaczy, że jeszcze nic nie zrozumiałeś. Twój sukces nie zależy od firmy, a tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli płaczesz, że masz takie świetne pomysły, a nikt nie chce Cię słuchać, to weź się w garść, zbuduj ogromne struktury, które chętnie pójdą za Tobą w ogień, a wtedy nawet najbardziej głucha firma odzyska słuch!

Przestań gadać – zacznij udowadniać, że masz rację! Nawet mnie – fizyka teoretyka uczyli, że to empiria, doświadczenie jest prawdziwą królową.

Więc buduj siebie, inwestuj w siebie, bądź każdego dnia coraz lepszy. Stań się własnym znakiem firmowym – powszechnie rozpoznawalną marką, bo to Ty jesteś swoim biznesem.

Aż będą do Ciebie przychodzić, obiecywać Ci złote góry, pieścić Twoje ego i im więcej ich będzie, tym bardziej możesz być pewny, że jesteś na właściwej drodze, że nie musisz nic zmieniać, bo zbudowałeś SIEBIE!