Prostota
Niedawno miałem okazję rozmawiać, po dłuższej przerwie, z człowiekiem, od którego nauczyłem się w MLM najwięcej.
Widocznie przerwa w rozmowach była zbyt długa, bo nieopatrznie zapytałem go, jakie nowe książki na temat naszego biznesu mógłby mi polecić. Spojrzał na mnie przeciągłym spojrzeniem, w którym odczytałem niemy wyrzut i powiedział:
„Czyżbyś zapomniał, że tytuł mojej ulubionej książki brzmi: «Move your ass!»”
Dla nie znających angielskiego – tłumaczenie w najdelikatniejszej formie: „Rusz swoje cztery litery”.
Najpierw się obruszyłem, ale potem przypomniałem sobie o zdumiewającej skuteczności i szybkości, z jaką buduje on swój biznes i postanowiłem pomyśleć o tym nieco dłużej.
Bo rzeczywiście, kiedy jesteśmy w fazie rozpędu, tego mitycznego momentum, o którym każdy z nas – networkowców marzy, wtedy nie potrzebujemy żadnych szkoleń, książek ani wyrafinowanych metod działania. Z rozwianym włosem (przynajmniej Ci, którzy jeszcze ciągle są nim obdarzeni) i płonącymi oczyma sponsorujemy każdego napotkanego człowieka. Co więcej dokładnie to samo robią nasi ludzie, firma kwitnie, obroty się zwiększają, konta puchną i wbrew oczywistej oczywistości wierzymy, że tym razem to już tak będzie zawsze.
Wtedy na ogół ktoś wpada na pomysł, że właściwie to może być jeszcze lepiej, pojawiają się zewnętrzni doradcy, nowe systemy szkoleń, zalecane lektury i … momentum diabli biorą. A czasami po prostu entuzjazm sam się wypala i dopiero wtedy na ratunek przybywają wszyscy święci teoretycy, dzięki którym rozpęd ma powrócić. Firmę ogarnia duch szkoleń i samokształcenia, a wszyscy naprawdę wierzą, że wzrost wiedzy będzie panaceum na wszelkie problemy. Na nieszczęście firma ma wtedy na ogół wystarczająco dużo pieniędzy, zarobionych w poprzednim okresie, aby cały ten cyrk opłacać, ale rezultat i tak jest opłakany. Chwała tym, którzy spojrzą na sytuację trzeźwym okiem i przerwą kosztowny spektakl.
Niestety z nieznanych powodów wiedza nie przeradza się w entuzjazm, a wręcz przeciwnie nadmiar wiedzy może entuzjazm zabić.
Czy zatem nie warto się kształcić, czytać książek i generalnie rzecz biorąc rozwijać się?
Oczywiście, że warto, ale trzeba pamiętać, że rozwój osobisty nie może zastąpić działania. To nie może być zamiast, tylko obok! I to nie jako cel sam w sobie, ale jako pomoc w realizacji głównego zadania.
A naszym celem w MLM jest zarabianie pieniędzy i wszystkie głodne kawałki typu: „pracuję już pięć lat i wprawdzie prawie nic nie zarabiam, ale za to niewiarygodnie dużo się nauczyłem” rozbawiają mnie do łez. A tak naprawdę to zdrowo mnie denerwują, bo są rozpaczliwą próbą ukrycia własnego braku sukcesu.
Tym, co się naprawdę liczy w naszej działalności są Aktywności Przynoszące Dochód, czyli umawianie spotkań i przeprowadzanie prezentacji. Wszystko inne, to tylko ozdobniki.
Aby zdać sobie samemu sprawę z własnej skuteczności w zarządzaniu czasem wykonajcie prosty test: zaznaczcie kolorowym markerem w swoim kalendarzu wszystkie Aktywności Przynoszące Dochód. Ja kiedyś przeszedłem taki test i byłem przerażony jego wynikiem – okazało się, że zasada Pareto działa również na tym polu.
Rzeczywiście pracowałem tylko przez 20% czasu teoretycznie przeznaczonego na pracę.
W ciągu pozostałych 80% czasu pracy po prostu symulowałem działanie. Niekończące się konsultacje, nieudane próby reanimacji ludzi, którzy mentalnie byli już od wieków poza naszym biznesem i tego typu pseudo-aktywności pożerały mój czas i energię. Popatrzcie w swoje kalendarze i obliczcie swoją proporcję.
Dlaczego zatem kilka akapitów wyżej napisałem, że warto czytać książki?
Otóż dlatego, że MLM, choć jest biznesem prostym, to niestety nie jest łatwy. Nie urodziliśmy się z Stanach i w szkole nikt nie nauczył nas precyzyjnego wyznaczania celów, nie ćwiczył z nami wystąpień publicznych ani nie zgłębiał tajników skutecznej autoprezentacji. Musimy nauczyć się tego sami, a część tej wiedzy zawarta jest w książkach.
Kluczowy w naszej działalności jest poziom własnej motywacji.
Tu książki i płyty CD są narzędziem genialnym. Warto każdy poranek zaczynać od jakiegoś działania, które podnosi nasz poziom samo-motywacji, tak, abyśmy wchodzili w nowy dzień z uniesionym czołem i miną zwycięscy. Stwórzmy sobie poranny rytuał, dzięki któremu będziemy tryskać energią. Może to być spacer, bieg, medytacja czy też właśnie lektura książek motywacyjnych lub słuchanie płyt.
Ale to nie teoretyczna wiedza, a nabyte dzięki codziennemu działaniu umiejętności decydują o naszej pewności siebie i skuteczności. Dlatego jako źródło inspiracji i motywacji książki są wspaniałe, ale jako podręczniki działania w MLM nie sprawdzają się.
O wiele ważniejsza jest wiedza przekazywana w ramach linii sponsorowania, rzeczywiście sprawdzona „w boju” i najbardziej skuteczna w danym czasie i miejscu.
Bo jak pisałem w poprzednim wpisie – MLM to biznes prosty – wystarczy: korzystać z produktów, przekonać się do nich, polecać je swoim znajomym i zarabiać na tym.
Niektórzy wstydzą się tej prostoty, starają się dorobić do niej ideologię i wtedy błądzą. A prostota jest piękna, bo jak napisał Albert Einstein:
„Jeśli dwa modele matematyczne równie dobrze opisują dane zjawisko, to ze względu na elegancję, wybierz ten prostszy!”
Pieniądze
Brałem ostatnio udział w zażartej dyskusji na temat roli lidera w biznesie MLM.
Padały różne podniosłe hasła, a to o pomocy w pełnym realizowaniu ludzkiego potencjału, a to o byciu mentorem i mistrzem na ścieżce rozwoju. Generalnie rzecz biorąc wszystko obracało się wokół „pomagania innym”.
Ogólnie nastrój był na tyle podniosły, że nie mogłem się powstrzymać, aby nie przekłuć balonika. Coś mnie podkusiło i wygłosiłem obrazoburczą tezę, że istnieje jedno i tylko jedno zadanie lidera, a wszystko inne jest jego bezpośrednią implikacją.
Otóż jedynym zadaniem lidera w MLM jest zarabianie maksymalnie dużych pieniędzy!!!
Towarzystwo, a głównie jego bardziej uduchowiona, żeńska część, chciało rozszarpać mnie na strzępy. Jak tak można, co za trywializowanie naszej profesji i roli społecznej, po prostu skandal!
Proszę Państwa – MLM wymyślili Amerykanie, a oni lubią rozwiązania proste i skuteczne. Więc MLM jest biznesem prostym, a dorabianie do niego filozofii tylko osłabia jego siłę.
Korzystaj z produktu, przekonaj się do niego, polecaj go swoim znajomym i zarabiaj na tym.
Tylko, a może aż tyle. Nie trzeba do tego setek książek ani żadnej specjalnej wiedzy. Ale o książkach napiszę w następnym wpisie. Teraz o roli lidera.
Oczywiście, że, jak napisałem tydzień temu, ludzie mają różne oczekiwania i motywy, aby zacząć działać w MLM. Nas jednak interesują głównie Ci, którzy koncentrują się na swoich dochodach. I to im większych, tym lepiej. To dzięki nim i ich marzeniom będziemy bogaci! Na szczęście oni także, więc nikt nie będzie pokrzywdzony.
Ale tym, co może ich przekonać, że marzenia mogą się spełnić, paliwem ich motywacji są dochody liderów. Jeśli lider nie zarabia, to nie zarabiają również ludzie w jego strukturze.
MLM jest biznesem żywiącym się historiami – historiami sukcesu. To one rozpalają serca i umysły, one powodują, że jesteśmy gotowi na wyrzeczenia i ciężką pracę, bo widzimy przed sobą tych, którzy już otrzymali nagrodę. A jeśli oni, to dlaczego nie my!
Lider w MLM powinien być personifikacją marzeń całej swojej struktury, a przynajmniej jej najbardziej efektywnej części.
I dlatego jego obowiązkiem jest zarabianie pieniędzy, dużych pieniędzy.
O tym, ile zarabiamy decyduje w dużej mierze plan marketingowy, więc warto mu się naprawdę dokładnie przyjrzeć. Jak mówiono za czasów ancien régime: „byt kształtuje świadomość”, więc parafrazując powiem, że plan marketingowy kształtuje sposób naszego działania.
Problem pojawia się wtedy, kiedy przechodząc z firmy do firmy, przenosimy stare nawyki, mimo, że w nowej firmie obowiązuje zupełnie inny model planu marketingowego. Pracujemy ciężko, dajemy z siebie wszystko, a efekt finansowy jest mizerny. W końcu wpadamy we frustracje. A wszystko przez to, że zmiana rodzaju planu marketingowego to często zmiana totalna.
Jeśli na przykład przez lata pracowaliśmy zgodnie z planem typu „amway’owskiego” i zapamiętaliśmy powtarzane nam jak mantrę twierdzenie, że „głębokość daje stabilność, a szerokość pieniądze” to przechodząc do firmy z planem typu unilevel z odcięciem na przykład na 8 lub 9 generacji, to nadal, tęskniąc za stabilnością, będziemy pracowali na 15-tej, 20-tej lub 30-tej generacji. Mimo, że to nie daje nam ani grosza!
Znam bardzo pracowitego człowieka, który z zapałem jeździł po całej Polsce, aby pomagać ludziom tak głęboko w swojej strukturze, że nie było żadnych szans, aby z tej aktywności zarobił cokolwiek. Połączenie ciężkiej pracy i braku adekwatnych do niej dochodów rodzi frustrację. Aby sobie z nią poradzić zaczął dorabiać ideologię do swojej działalności. Mówił: „Jak mogę nie pomóc komuś, kto potrzebuje mojej pomocy, tylko dlatego, że jest w mojej 20-tej generacji?”
Sam zaraziłem się na chwilę tym podejściem i wielokrotnie dałem się namówić na spotkania, które nawet teoretycznie nie mogły przynieść mi ani grosza. Aż zrozumiałem, że rolą lidera jest zarabianie, bo lider z problemami finansowymi to nie tylko sprzeczność sama w sobie, ale również źródło demotywacji własnej struktury.
Stare nawyki potrafią zaprowadzić nas na prawdziwe manowce, więc zanim zaczniemy na serio działać, przeanalizujmy plan marketingowy firmy, z którą zamierzamy współpracować. Jeśli nie jesteśmy specjalistami – analitykami, zróbmy najprostszą rzecz na świecie – zapytajmy sponsora. A jeśli on podpisał umowę z naszą firmą na tydzień przed nami i jego stan wiedzy nie różni się znacząco od naszego, to pójdźmy w górę linii sponsorowania.
I to tak długo, aż natrafimy na kogoś, kto zarabia taką sumę, o jakiej my nie ośmielamy się nawet marzyć. Wtedy pomęczmy go naprawdę konkretnie, aż zdradzi nam wszystkie tajemnice swojej strategii i taktyki budowania biznesu. Ale kiedy już to uczyni, to błagam Was nie próbujcie tego zmieniać i ulepszać, pójdźcie drogą, którą Wam wskazał, a jest szansa, że osiągniecie to, co on.
Jeśli mierzi Was takie pragmatyczne i pozbawione głębokiej duchowości podejście do biznesu, to pomagajcie innym korzystając z pieniędzy, które zarobicie działając w sposób przemyślany i skuteczny. Dzielcie się swoim sukcesem i nie odkładajcie tego na czas, kiedy będziecie naprawdę bogaci. Nawet sto złotych miesięcznie przeznaczone na „adopcję na odległość” może całkowicie zmienić czyjeś życie. Warto uświadomić sobie, że ponad miliard ludzi zarabia, choć w trudno w to uwierzyć, mniej niż jednego dolara dziennie, więc liczy się każdy gest, nawet ten najmniejszy.
Ale pamiętajcie: biznes to biznes, a działalność charytatywna to działalność charytatywna. Jeśli pomieszacie jedno z drugim, to nie będziecie mieć ani sukcesu w pierwszym ani środków na drugie.
Oczekiwania
Pewien czas temu rozmawialiśmy z moim Przyjacielem, dlaczego tak niewielka procentowo grupa osób osiąga prawdziwy sukces w MLM. Rozważaliśmy różne możliwe przyczyny tego stanu rzeczy, porównując różne plany marketingowe i filozofie biznesu poszczególnych firm.
Aż nagle przyszła mi do głowy myśl, aby zamiast mówić o szczegółach, odnieść się do zagadnienia w tej dyskusji fundamentalnego, a mianowicie do samej definicji sukcesu.
Prawie każdy człowiek postrzega świat i innych ludzi przez pryzmat swoich przekonań.
I my – liderzy MLM nie jesteśmy tu wyjątkiem. Większość z nas jest gotowa ciężko pracować przez pewną liczbę lat, aby zapewnić sobie pasywne dochody na satysfakcjonująco wysokim poziomie, a co za tym idzie odpowiedni komfort życia i bezpieczeństwo finansowe.
Oczywiście uważamy, że osoby przyłączające się do naszych struktur powinny myśleć tak samo. Wtedy wszyscy działaliby konsekwentnie i z zapałem, aby zapewnić sobie, a przy okazji także i nam, wspaniałą przyszłość.
Niestety empiria tego nie potwierdza. Ludzie zapisują się, a potem nic nie robią. Lub przychodzą regularnie na nasze cotygodniowe spotkania informacyjne nie przyprowadzając żadnych nowych osób. Zawsze zastanawiałem się, co skłania ich do wysłuchania po raz sto dwudziesty dziewiąty tej samej prezentacji???
Aż zrozumiałem: to, że mnie chodzi w MLM’ie o osiągnięcie sukcesu finansowego bynajmniej nie oznacza, że im chodzi o to samo!!!
Przeprowadziłem szeroko zakrojone badania i okazało się, że motywacje osób podpisujących Deklarację o Współpracy potrafią być zdumiewająco różne. Można je podzielić na kilka kategorii:
- społeczne (przezwyciężenie samotności, chęć uzyskania akceptacji lub poklasku)
- osobiste (chęć znalezienia partnera, przyjaciela lub chociaż „bratniej duszy”)
– finansowe (dorobienie do pensji, poprawienie komfortu życia, niezależność finansowa).
Oczywiście nie wymieniłem wszystkich motywacji, z którymi się spotkałem. Naliczyłem ich w sumie 17, co daje wyobrażenie o różnorodności ludzkich pragnień.
A ja, nieświadomy tego fenomenu, potrafiłem godzinami pokazywać komuś, w jaki sposób może stać się bogaty i zachodziłem w głowę, dlaczego nie widać po nim ani śladu entuzjazmu. I nic dziwnego, jeśli jego JEDYNĄ motywacją do podpisania umowy było znalezienie nowego kręgu znajomych.
Podobnie, całkowitym nonsensem i stratą czasu jest przekonywanie ludzi, którzy po prostu chcą dorobić sobie do pensji, o tym, że za kilka lat mogą stać się milionerami. Zamiast mieć kogoś, kto regularnie będzie kupował nasze produkty i będzie szczęśliwy, zarabiając kilkaset złotych miesięcznie, wpędzamy go we frustracje naszymi nierealnymi oczekiwaniami i sami wyrzucamy za burtę naszego biznesu.
Większość ludzi działających w MLM nie marzy o bogactwie, choć prawie nikt Wam się do tego nie przyzna. Wiele lat zastanawiałem się, dlaczego ludzie zadawalają się dochodami z tego biznesu rzędu kilkuset złotych miesięcznie. Aż kiedyś pewna sympatyczna starsza pani wytłumaczyła mi to w sposób wystarczająco łopatologiczny, abym i ja to zrozumiał.
„Panie Janie, powiedziała, mam około 1.600 złotych emerytury. Muszę zapłacić z tego czynsz za mieszkanie, gaz, prąd i telefon. Wydaję na jedzenie, środki czystości, lekarstwa i bilety tramwajowe. Czasami, bardzo rzadko, muszę sobie kupić coś do ubrania. Na koniec miesiąca nie zostaje mi nic. Ale odkąd działam w naszej firmie mam dodatkowo 300 – 500 złotych i mogę pójść do fryzjera, zaprosić koleżanki na kawę do kawiarni lub kupić jakieś drobiazgi moim wnuczkom. Moje życie nabrało koloru. Więc będą to robić nadal, tylko niech mi już Pan więcej nie mówi o tych milionach!”
Zrozumiałem, więcej nie mówiłem.
Oczywiście szukajmy Liderów, tych przez wielkie „L”, bo to od nich zależy nasz sukces.
Ale nie lekceważmy ludzi, którzy przyszli do MLM’u kierując się motywacją zupełnie inną niż nasza. Nauczmy się ich słuchać, nauczmy się ich usłyszeć i nie zabijajmy ich naszymi nierealnymi oczekiwaniami.
Bo jak pisał poeta: „Nauczmy się różnić pięknie”.
Przeszłość
Zawsze zastanawiało mnie, jak to się dzieje, że jedni są szczęśliwi i osiągają sukces za sukcesem, a inni, mimo, że nie mniej zdolni i pracowici, a czasami może nawet bardziej zdolni i pracowici, nie mogą się wybić. Chodzą smutni i zniechęceni, co raz popadając we frustrację.
Już widzę Wasze miny – no, to Brykczyński ma nam zamiar zaserwować jakieś, amerykańskie w stylu, panaceum i jedynie słuszną drogę do sukcesu!!!
Nie, Kochani, nic z tych rzeczy. Każdy musi znaleźć swoją własną drogę, a ja co najwyżej mogę podzielić się z Wami moimi przemyśleniami, w jaki sposób uniknąć strzelania sobie we własne kolano.
Otóż spróbujcie zaobserwować o czym na co dzień myślicie. Niektórzy będą, acz z pewnym zażenowaniem uważać, że tak naprawdę wcale nie myślą, ale niestety nie jest to na ogół prawda.
Z mojego doświadczenia wiem, że nie myśleć udaje mi się czasami przez jakieś niemal nieskończenie krótkie momenty i jest to okupione sporym wysiłkiem. Oczywiście pomijam te błogosławione chwile, kiedy to w skutek nadużycia różnych płynów odpływam w stan poza świadomością, ale nie o takie nie-myślenie mi dzisiaj chodzi.
Jestem gotów postawić tezę i bronić jej do upadłego, że myślimy niemal cały czas. A to, że na ogół nie jesteśmy świadomi toczonego przez nas samych, niejako w tle, wewnętrznego dialogu, nie zmienia postaci rzeczy.
Oczywiście wszyscy wiemy, że należy myśleć pozytywnie, bo przeczytaliśmy to w setkach książek. Niestety nie jest to takie proste.
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie mam nastawienia anioła i jeśli ktoś naprawdę nadepnął mi w przeszłości na odcisk to trudno mi z pełnym zaangażowaniem życzyć mu bezustannie samych sukcesów w życiu. Choć wiem, że powinienem.
Wiem też, że powinienem przebaczyć wszystko wszystkim, ze sobą na czele, bo to też wiele razy usłyszałem i przeczytałem. I cóż z tego, że wiem, skoro nie umiem. I biczuję się za moje błędy i rozmyślam „co byłoby, gdyby”, a im trudniejszy moment w życiu tym rozmyślanie w tym stylu zdarza mi się częściej.
Wpadłem zatem na pomysł zarówno prosty, jak i radykalny: staram się o przeszłości nie myśleć wcale! Jak tylko pojawia się myśl jej dotycząca, to klikam na umysłowy przycisk „Delete” i zastępuje ją myślą o teraźniejszości lub planowaniem przyszłości.
Już słyszę ten chór głosów: „cóż za bezrefleksyjny sposób życia, a co z nauką płynącą z doświadczenia, itd., itp.”.
Otóż macie racje, ale pod jednym warunkiem – jeśli umiecie oddzielić emocje zawarte w przeszłych zdarzeniach od samych zdarzeń, to warto poddać je krytycznej analizie i czerpać naukę z doświadczenia.
Ale z setek rozmów z różnymi ludźmi wynika dla mnie jasno, że większość populacji tego zrobić nie umie. I nurza się w przeszłych krzywdach, błędach i cierpieniach.
A więc, jeśli nie umiemy patrzeć na swoje życie beznamiętnym spojrzeniem profesjonalnego historyka to najlepiej o przeszłości, szczególnie własnej, zapomnijmy. Bo jej już po prostu nie ma, a w to czego nie ma i już nigdy nie wróci, nie warto inwestować naszej energii.
Znam tak wielu wspaniałych ludzi, którzy kiedyś osiągnęli wielkie sukcesy, a potem ktoś ich oszukał, skrzywdził lub upokorzył. Dzisiaj, zamiast wykorzystywać swój potencjał, ciągle wracają myślą do chwil swojej świetności i rozpamiętują realne lub wyimaginowane krzywdy. Obsesyjnie, niemal w każdej rozmowie pojawiają się te same stare wątki.
A rezultat jest zawsze taki sam: żyją przeszłością, więc w ich teraźniejszości już nic nowego się nie wydarza. I tracą czas, marnują swój potencjał, marnują życie.
Zajmijmy się tym, co mamy do zrobienia teraz, tym, co jest przed naszym nosem, a z przeszłości pamiętajmy tylko i wyłącznie to, co daje nam radość i siłę!
A tak, a propos historii, a raczej nawet Historii, to żadna wiadomość tak mnie ostatnio nie ucieszyła, jak ta, że Profesor Henryk Samsonowicz został Kawalerem Orderu Orła Białego. Ale Pan Profesor zajmuje się Średniowieczem, a to z punktu widzenia doświadczeń naszego życia epoka całkiem neutralna …
Seminarium Briana Tracy
Wczoraj odbyło się wspaniałe seminarium Briana Tracy w Warszawie.
Osiem godzin fascynującego szkolenia zakończonego owacją na stojąco ponad 400 rozentuzjazmowanych ludzi, którzy otrzymali szansę na wprowadzenie poważnych zmian w swoim życiu.
Ale przed rozpoczęciem seminarium, my – mała grupka członków Klubu Top-Liderów miała zaszczyt i przyjemność uczestniczyć w prywatnym, zamkniętym spotkaniu z Brianem Tracy. Mogliśmy zadać wiele pytań dotyczących MLM i Mistrz okazał się prawdziwym ekspertem również w tej branży.
Spotkanie trwało około 40 minut, a dzięki uprzejmości Brian Tracy International oraz heroicznym staraniom Michała Świderskiego z Grupy MLM, otrzymałem zgodę, aby specjalnie dla Państwa umieścić na moim blogu 16 minutowy skrót z tego spotkania.
Bardzo przepraszam za tragiczną jakość nagrania, ale sądzę, że treść w nim zawarta jest tak istotna, iż sprawy techniczne nie grają w tym wypadku większej roli.
Zapraszam do wysłuchania zamieszczonego poniżej pliku mp3.
Jak napisałem eBooka
Od samego początku tego bloga, jednym z założeń było napisanie eBooka.
Okazało się to dużo trudniejsze niż przypuszczałem i zabrało mi wielokrotnie więcej czasu niż zakładałem.
Siadając nad pustą kartką czułem prawdziwą tremą. Co więcej czułem się nią zaskoczony i zniecierpliwiony, ale z drugiej strony wiedziałem, dlaczego się pojawiła.
Moją specjalnością jest słowo mówione – możesz postawić mnie przed dowolnie dużą grupą ludzi, kazać mi mówić i … będę mówił. Nie zawsze tak było i jeśli wystarczy Ci cierpliwości na przeczytanie mojego eBooka, to dowiesz się od czego zaczynałem i jak doszedłem do tego, co umiem teraz.
Ale z pisaniem jest inaczej. Czysta kartka papieru zawsze mnie paraliżowała, zawsze mówiłem sobie, że nie umiem niczego sensownego napisać, za to jestem świetnym poprawiaczem – redaktorem tekstu, który ktoś stworzył.
W ciągu ostatnich kilku lat udzieliłem wielu wywiadów i zawsze schemat był ten sam: najpierw luźna rozmowa nagrywana na dyktafon, potem dostawałem gotowy tekst wywiadu i jakiś nierealne termin, na przykład jeden dzień, na autoryzację.
To znaczy na autoryzację, czyli przeczytanie tekstu i napisanie, że akceptuję go w obecnej formie, zupełnie wystarczyłoby pół godziny. Ale ja nigdy nie mogłem zaakceptować tego, co dostałem, więc tak naprawdę zmieniałem w tekście wszystko – najpierw kolejność poszczególnych fragmentów, tak, aby osiągnąć logiczny ciąg myśli i wynikania, a potem często nawet poszczególne zdania.
Moim celem było zawsze dążenie do uzyskania przez tekst „mojego brzmienia”, chciałem, abym czytając go nie mógł „przyczepić się” do jakiegokolwiek sformułowania czy frazy.
Oczywiście nie jestem pisarzem ani krytykiem literackim, więc nie wiem, czy ostateczny rezultat zadowoliłby polonistę i prawdę mówiąc nic mnie to nie obchodziło. Mnie zależało na moim własnym, całkowicie subiektywnym poczuciu zadowolenia z końcowego rezultatu.
Teraz było zupełnie inaczej – nie miałem czego poprawiać, po prostu musiałem zacząć pisać!
I właśnie dlatego z planowanych trzech miesięcy zrobiło się sześć. Ale polecam każdemu z Was podjęcie tego wyzwania. To naprawdę wspaniała przygoda i wielka przyjemność, kiedy możesz spojrzeć na swoje życie, swoje wybory i decyzje z perspektywy dnia dzisiejszego. Ja sam, pisząc o własnym życiu, sporo się nauczyłem. Lepiej zrozumiałem motywy mojego postępowania, a przede wszystkim przyczyny popełnionych przeze mnie błędów.
Mam nadzieję, że Ty również znajdziesz w tym tekście coś dla siebie. Może jakiś wspólny fragment życiorysu, może podobne pytania, ale przede wszystkim życzę Ci, abyś nabrał przekonania, że żadna porażka nie jest ostateczna, a żaden sukces nie trwa wiecznie.
Żeby otrzymać mojego eBooka wystarczy przejść do zakładki DARMOWY EBOOK i podać swój adres email, na który automatycznie otrzymasz informacje skąd go pobrać.
Miłej lektury!
Skuteczność w marketingu
W środę 17 marca 2010 o godz. 20:30 poprowadzę z Jackiem Dudzicem jednorazowe darmowe szkolenie online na temat skuteczności w marketingu sieciowym oraz internetowym. Jest tylko 225 miejsc do wykorzystania i rezerwacja już się zaczęła. Osoby zainteresowane zachęcam, aby nie czekać do ostatniej chwili, bo pula miejsc zostanie z pewnością zajęta dużo wcześniej.
Rejestracja odbywa się po adresem:
http://www.trzyrazytrzy.pl/webinar

Ulotkę można ściągnąć stąd i przesyłać wszystkim potencjalnie zainteresowanym.
Wizja
Byłem ostatnio w Dubaju.
Dotychczas świat arabski kojarzył mi się głównie z Egiptem, gdzie regularnie wyjeżdżamy nurkować. Za każdym razem lądując z powrotem w Warszawie przysięgam sobie, że już nigdy więcej tam nie polecę. Bo brudno, bo bałagan, bo sprzedawcy nachalni, o „klątwie faraona” już nie wspominając.
Z takim właśnie nastawieniem poleciałem do Dubaju. I co? Bajka, Panie i Panowie – po prostu bajka!
Takiej architektury nie zobaczycie nigdzie na świecie, co wieżowiec to arcydzieło. Czysto jest tak, że nawet moja żona, która oczekuje, że kuchnia będzie wyglądać równie sterylnie, jak laboratorium, była zaszokowana. Chodniki czyszczą mopami!
Dubajczycy chodzą w białych (nieliczni w czarnych) galabijach, które wyglądają tak, jakby zostały wyprane i wyprasowane maksimum 10 sekund temu. Nie wspomnę już o spinkach i zegarkach, bo temat jest dla mnie zbyt bolesny.
Nie będę pisać o hotelach i pracujących w nich kucharzach, przez których cały mój program odchudzania się diabli wzięli. Nie wspomnę o samochodach, jachtach i tonach złota zdobiących Emirates Palace Hotel w sąsiednim emiracie Abu Dhabi, ani o dziesiątkach innych rzeczy, które powodowały moją pogłębiającą się frustrację.
Chcę napisać o czymś mega optymistycznym i hiper wyjątkowym – ludzie, tego wszystkiego jeszcze kilkanaście lat temu nie było! NIE BYŁO!!!
To wszystko powstało w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Kiedy patrzysz na zdjęcia Dubaju z przed 20 lat, to zastawiasz się, czy ktoś nie robi sobie z Ciebie żartów. Kiedy przejedziesz dosłownie kilka kilometrów w głąb lądu, to znajdziesz się na najprawdziwszej pustyni.
Ok, możecie powiedzieć, że to wszystko dzięki ropie. Otóż nie! Po pierwsze Dubaj wcale nie ma tak dużych złóż, a poza tym na świecie jest wiele krajów dużo bogatszych, a Dubaj jest tylko jeden.
Tym, co zmieniło pustynie w ósmy cud świata nie są pieniądze, ale wizja. Bo wielu ludzi ma pieniądze, ale niewielu ma prawdziwą wizję.
Ile wyobraźni potrzeba, aby zbudować wyrastający prosto z morza, pierwszy na świecie siedmiogwiazdkowy hotel!
Ile wiary w siebie i swoje pomysły trzeba mieć, aby stworzyć na otwartym morzu wielokilometrowe sztuczne wyspy – trzy Palmy i Świat, powiększając linie brzegową o ponad 1.000 kilometrów!
Ile nieposkromionej odwagi, aby zaplanować i mimo szalejącego kryzysu dokończyć w terminie, budowę najwyższego, 828 metrowego, budynku na świecie!
Cały Dubaj jest jednym wielkim pomnikiem wizji, jest jej ucieleśnieniem i złożonym jej hołdem. Więc jeśli straciłeś zapał i przestałeś wierzyć, jeśli jesteś o krok od rezygnacji, jeśli uwierzyłeś ludziom, którzy namawiają Cię do „normalnego” życia, to pojedź tam, a wrócisz odmieniony.
Pojedź i zanim wsiądziesz do windy, która zawiezie Cię na 124 piętro Burj Dubaj, przeczytaj na ścianie słowa wizjonera naszych czasów. Jego Wysokość Szejk Mohammed bin Rashid Al Maktoum napisał:
„Słowa niemożliwe nie ma w słowniku liderów. Bez względu jak wielkie są wyzwania, silna wiara, determinacja i stanowczość pokonają je”.
P.S
Najpierw mieszkali wśród piasków pustyni.

Potem zapragnęli sztucznych jezior i wieżowców.

A jeszcze później wpadli na pomysł, że można patrzeć na nie z
góry.

Dwa MLM’y ?
Jeśli działasz w naszej branży trochę dłużej i jeszcze dodatkowo odniosłeś w niej pewien sukces, to bez wątpienia, któregoś dnia zadzwonił do Ciebie ktoś z Twojej struktury i tajemniczym głosem zaproponował Ci spotkanie.
Niesiony nadzieją, że oto właśnie kolejna osoba podjęła „prawdziwą życiową decyzję” i zamierza w pełni zaangażować się w realizację swoich (a przy okazji i Twoich) marzeń, umówiłeś się natychmiast.
Ale już pierwszy rzut oka na Twojego współpracownika pozbawił Cię złudzeń – zamiast promiennego uśmiechu i oczu rozpalonych entuzjazmem, zobaczyłeś jego spłoszone, jakby zawstydzone spojrzenie, jakieś niepewne kluczenie na początku rozmowy i zdecydowany opór przed przejściem do meritum sprawy. Innymi słowy wypisz, wymaluj obraz uczniaka przyłapanego na kradzieży jabłek.
Jeśli znasz już te objawy, to wiesz natychmiast o co chodzi, lecz jeśli to Twój pierwszy raz to zaczynasz się niepokoić – może przytrafiło mu się coś złego, może jakaś choroba w rodzinie, a może chce po prostu pożyczyć większą sumę na wieczne nieoddanie.
Nic z tych rzeczy – zaraz padną słowa, które rozwieją wszelkie wątpliwości:
„Słuchaj …….. (tu wstaw swoje imię), ja wiem, że nasza firma X jest wspaniała i osiągnąłeś w niej wielkie sukcesy, ale właśnie znalazłem coś naprawdę interesującego. (Pauza) I co więcej to w ogóle nie jest konkurencją, wobec tego czym obecnie się zajmujemy. Wręcz przeciwnie, jeśli zaproponujemy naszym klientom dodatkowy produkt firmy Y to tym chętniej będą kupować od nas to, co oferujemy im do tej pory. Ten nowy produkt jest przecież logicznym uzupełnieniem naszej oferty. A jeśli chodzi o naszych dystrybutorów to, jeśli zarobią dodatkowe pieniądze sprzedając odżywki, fundusze, ubezpieczenia, urządzenia, kosmetyki (właściwe podkreśl) firmy Y, to tym chętniej będą kupować w większych ilościach odżywki, fundusze, ubezpieczenia, urządzenia, kosmetyki (właściwe podkreśl) naszej firmy.”
Często też pada jeszcze jedno magiczne zdanie: „A poza tym możemy być jednymi z pierwszych w Polsce!!!”
Za pierwszym razem może nawet podejmiesz dyskusję, będziesz starał się delikwenta przekonać, będziesz argumentował, powoływał się na swoje sukcesy i wspólną świetlaną przyszłość.
Błąd!
On już podjął decyzję. Jeśli ktoś przychodzi do swojego sponsora lub up-line’a, aby go zasponsorować do nowego MLM’u to oznacza, że sam już się zdecydował, a teraz szuka bądź prostego sposobu na pionowy start lub bądź potwierdzenia słuszności swojej decyzji. Nie dawaj mu tego!
Ja w takiej sytuacji nigdy nie podejmuję dyskusji tylko w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśniam mu, że to co właśnie robi nie ma żadnego sensu. Uważam, że nie ma nic nieetycznego w zamianie jednego MLM’u na drugi, tak samo, jak nie ma nic złego w zmianie miejsca pracy. Ostrzę sobie zęby, aby opisać, dlaczego w naszym środowisku taka osoba odsądzana jest od czci i wiary, ale to w którymś z następnych wpisów.
Jestem zarazem absolutnie pewny, że działanie w dwóch MLM’ach równolegle nie ma najmniejszego sensu. Wynika to ze specyfiki naszej pracy i dostępnych metod oddziaływania na współpracowników. Pracując na etacie lub prowadząc firmę klasyczną mamy do dyspozycji cały wachlarz środków nacisku. Możemy na przykład udzielić nagany, obciąć premię, zabrać samochód służbowy lub w ostateczności zwolnić dyscyplinarnie.
W MLM’ie nie mamy żadnych tego typu instrumentów, dlatego też uważam bycie liderem w MLM za najwyższą formę zarządzania ludźmi. Naszą jedyną walutą jest własny przykład. A z kolei nie można być autorytetem nie będąc w pełni spójnym w tym co mówimy i co robimy. Nie da się rano przekonywać jednej grupy ludzi, że to firma X jest najlepsza na świecie i to z nią osiągniemy pełną finansową niezależność, a wieczorem to samo mówić innej grupie o firmie Y. I nawet nie chodzi o to, że ktoś, kto był na naszym spotkaniu porannym trafi także na wieczorne. To byłby tylko drobny wstyd.
Tak naprawdę najgorsze jest to, że fundujemy sobie samym wewnętrzne pęknięcie. Niespójność, która nawet, jeśli nikt się o niej nigdy nie dowie, będzie powodować erozję naszej samooceny I nie pozwoli nam na pełne wykorzystanie naszego potencjału. Nasi ludzie, nawet jeśli nie będą wiedzieć, to podświadomie będą się domyślać, że coś z nami jest nie tak. A za liderem, wobec którego mamy wątpliwości, nikt nie skoczy w przepaść.
Czy zatem, jeśli działamy w jakiejś firmie MLM nie możemy już nigdy robić czy myśleć o czymś innym?
O ile nie wierzę w możliwość pracy w dwóch MLM’ach to zupełnie spokojnie wyobrażam sobie połączenie działania w MLM’ie z prowadzeniem firmy klasycznej lub pracą na etacie.
Przecież prawie każdy z nas rozpoczynając działalność w swoim pierwszym networku w początkowym okresie łączył ją z pracą zawodową lub prowadzeniem własnej firmy. Mądrzy autorzy zalecają przejście na pełne networkowe zawodowstwo dopiero wtedy, gdy przez 3 kolejne miesiące zarabiasz w MLM dwa razy więcej niż w dotychczasowym miejscu pracy.
A więc na początku swojej działalności prawie każdy łączy MLM z jakąś inną działalnością. Bardzo podobnie jest, kiedy już osiągniemy sukces. Po prostu trzeba coś sensownego robić z regularnie przypływającymi pieniędzmi. Sądzę, że lokata bankowa nie jest najbardziej porywającą opcją…
Na ogół jesteśmy wtedy biernymi inwestorami, zasilającymi wkładem finansowym pomysły naszych kolegów. Znam wielkich liderów MLM’u, którzy zainwestowali w przychodnie, firmy transportowe lub inne nowotworzone biznesy.
Sam wsparłem finansowo kilka pomysłów moich przyjaciół. Jedne już działają, inne dopiero się rodzą, a największy z nich, w którym przyjąłem również honorową godność Przewodniczącego Rady Nadzorczej, objawi się światu już wkrótce.
Dlaczego nie widzę żadnego problemu w łączeniu działania w MLM z inwestowaniem w firmy klasyczne?
Ponieważ żadne z tych przedsięwzięć nie jest alternatywną propozycją dla nikogo z naszych struktur. Nie odciągamy nikogo od jego zaangażowania w MLM, nie musimy niczego ukrywać, możemy działać otwarcie, konsekwentnie i z podniesionym czołem.
Osobiście bardzo cieszyłbym się, gdyby jak największa liczba osób z „moich” struktur zarobiła na tyle poważne pieniądze, aby być biernymi inwestorami, odnoszącymi ogromne sukcesy finansowe w firmach ich przyjaciół.


